środa, 27 stycznia 2016

Przygotowania

Tak się złożyło ze w tym roku (chyba) lecę do Stanów. Tak jak dwa lata temu ale coś nie wyszło. Zdarza się. Teraz to co innego, mam już wizę i bilety więc wyjazd jest niemal pewny. Ale od początku.
Parę miesięcy temu w pracy u Grochełka zalągł się pomysł  "a może wyślemy go na szkolenie", . Z taka rewelacja przyszedł do domu ale cóż kilka razy już słyszałam takie newsy i przeważnie kończyły się na tym ze były. Kilka tygodni później temat wrócił:
G:"chcą mnie wysłać",
M:"na ile niby?",
G:"około 6 tygodni",
M:"no chyba ich pogrzała jeśli myślą ze Cie puszczę"
To była mniej więcej taka rozmowa.  Minęło znów parę tygodni ciszy a na początku grudnia manager Grochełka cisnął o to by Go wysłać do Stanów. Po Nowym Roku sprawa była jasna. Jedzie a ja razem z nim. Tak się zaczyna lista.
Punkt pierwszy - wiza. Wniosek o wizę złożyłam koło 12 stycznia. W miarę sprawnie poszło pomimo kretyńskich pytań. Następnego dnia szybka wizyta u fotografa, dokończenie wniosku wizowego i poszło. Termin dostałam na 20 co było dość (według mnie) szybko załatwione. Od razu kupiłam bilety na pociąg, pendolino do Wa-wy i zwykły na powrót. 20 dzień stycznia całkiem szybko nadszedł i wyruszyłam w drogę ku stolicy. 5.00 rano pobudka, szybkie śniadanko i wio. trasa zleciała szybko, godzinkę kimania,  półtorej gapienia się w okno (do ambasady nie można wnosić torebek większych niż a4 więc nic do czytania nie wzięłam bo nie ten gabaryt) i oto jestem w Stolicy. Mam 1,5 godziny do spotkania z konsulem. Idę pod ambasadę (około 30 min na piechotę z dworca centralnego), patrzę, całkiem spora kolejka a miałam jeszcze ponad godzinkę. Przystaję, grzecznie się pytam na którą maja ostatni ludzie umówiona wizytę - na 10.30 słyszę. Okej mam jeszcze sporo czasu, pogoda nie sprzyjała zbytnio staniu tam godzinę, pójdę więc do jakiejś kawiarenki na herbatę. A tu się okazuję  - klops. Nie ma kawiarenek albo są ale zamknięte bo od 12 otwierają. Kijowo ale po 30 min kręcenia się wokół trafiłam na fajne miejsce http://kotyzaploty.cafe/. Miła, klimatyczna knajpka. No ale herbata wypita, czas wyruszać bo jak się znów kolejka ustawi to będę długo czekać i się spóźnię. Przychodzę pod ambasadę - pusto O_o
No dobra ustawiam się przed drzwiami, wychodzi Pan i pyta się czy mam wyłączony telefon, potwierdzam więc wpuszcza mnie do środka. Przy ladzie muszę zostawić telefon i wszelką elektronikę, zdjąć kurtkę i razem z moja mikro torebką dać do prześwietlenia. Potem przejść przez bramkę "pikającą" i po drugiej stronie odebrać rzeczy. Niezwykle wyczulone oko pana z ochrony pozwoliło mu dojrzeć mojego  maciupkiego pendrive i klucze. Pendrive poszedł do koszyczka z telefonem a klucze po dokładnych oględzinach (Pan krytycznie obejrzał mój sfatygowany breloczek) z powrotem do kieszeni.
Po zabraniu rzeczy trzeba przejść korytarzem do następnego budynku, zejść po schodach na niższe piętro i ustawić się w kolejce do rejestracji. Kto nie miał zdjęcia odpowiedniego na wniosku mógł zrobić na miejscu. Po rejestracji kolejka do okienek (myślałam że to są konsulowie ale nieee). W sumie nie wiem po co te okienka ale dostałam numerek i przeszłam, następne dwa okienka służą do oddawania odcisków palców. Dopiero potem przechodzi się do okienek z konsulami. Miły pan spytał się po co jadę i gdzie. Zgodnie z prawdą powiedziałam ze jadę z Małżem  do Kalifornii żeby go wspierać ale bardziej to bym chciała pozwiedzać ^_^. Po tym wszystkim dostałam wizę. Nie wiedziałam na ile. Cała ta procedura odbywała się w jednym pomieszczeniu.
Po zabraniu wszystkich rzeczy i wyjściu szybki skok na sałatki i do księgarni żeby coś do czytania kupić, i do domu.
Paszport przyszedł za pośrednictwem kuriera kilka dni po rozmowie w ambasadzie. Wiza na 10 lat :)
Wizytę miałam na 11.30 ale jak wyszłam była 11.40 więc te godziny o kant tyłka można rozbić.


W następnej części ubezpieczenia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz